Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczka. Pokaż wszystkie posty
O maseczkach słów kilka.

wtorek, grudnia 18, 2012

O maseczkach słów kilka.

Zimą moja skóra jest bardziej wymagająca, kapryśna i dopomina się nieco więcej pielęgnacji. W ostatnich dwóch tygodniach postawiłam na maseczki. Mam jednak wrażenie, że żadna maseczka 'drogeryjna' nie odżywi i nie nawilży skóry tak, jak wizyta u kosmetyczki. Jednak stosuję, bo to fajny,, weekendowy rytuał, odprężający i dający choć tylko chwilowe, ale zawsze! nieco lepsze nawilżenie skóry twarzy.
Maseczka z miodem i migdałami firmy Balea to gęsty, treściwy, w kolorze waniliowym produkt, który zapach ma bardzo przyjemny. W składzie znajdziemy m.in. witamię E, mleczko migdałowe i miód. Skóra po 20 minutach otulona tą maseczką była odżywiona i nawilżona, a słodka nuta o zapachu miodu na długo została ze mną, zaznaczyć tu muszę, że niestety nawilżenie twarzy szybko zniknęło, utrzymało się do pierwszego mycia twarzy. Maska z konzymem Q10 również firmy Balea zapachu nie miała już tak przyjemnego, jak ta miodowa, ale za to twarz na kolejne dwa - trzy dni została przyjemnie, nieco bardziej nawilżona. Koenzym Q10 tu chyba zadziałał, który ma właśnie za zadanie zwiększyć elastyczność skóry. W składzie znajdziemy też panhenol, który odżywia skórę.
 

Kolejna maska, która gościła u mnie w ostatni niedzielny poranek to czekoladowa rozkosz firmy Montagne  Jeunesse. Maseczki tej firmy to całkiem przyzwoite, szeroko dostępne produkty za niewielkie pieniądze, fajne weekendowe umilacze. Ta wniosła w mój poranek dużo słodkości. A mowa o antystresowej maseczce czekoladowej. Zapach obłędny, prawdziwie mleczno czekoladowy. Pycha :) Maseczka jest gęsta, nałożyłam nie żałując sobie czekolady na twarz, szyję i dekolt. Odstresował mnie w niej głównie zapach czekolady, bo innego działania, oprócz chwilowego nawilżenia skóry nie odnotowałam.Bublem jednak jej nie nazwę, bo lubię czekoladę :P


Miałam okazję jeszcze stosować maseczkę z błotem Morza Martwego firmy Montagne Jeunesse. Ta zdecydowanie jest moją ulubioną z tej całej czwórki. Zapach - określiłabym go jako rześki, lekka konsystencja, ale absolutnie nie spływa z twarzy.  Po kilku minutach twarz jest bardzo przyjemne odświeżona i nawilżona. Duża zawartość glinki sprawia, że u osób ze skórą tłustą lub mieszaną świetnie zbierze nadmiar sebum. Twarz jest gładka, napięta i odżywiona. To mój faworyt i na pewno jeszcze nie raz zagości na mojej buźce.



Jeżeli macie swoje ulubione drogeryjne maseczki to koniecznie napiszcie o tym w komentarzu. Czas uzupełnić mój koszyk o kilka nowych umilaczy maseczkowych.


maseczka Montagne Jeunesse

wtorek, kwietnia 17, 2012

maseczka Montagne Jeunesse

Dzisiaj postanowiłam przetestować kolejną maseczkę Montagne Jeunesse, tym razem wybrałam tonizującą o działaniu oczyszczającym w miętą i drzewem herbacianym (zielona, po lewej stronie)
 




Po pozytywnym wrażeniu jakie zostawiła jej różowa siostra (recenzja tu) byłam pełna optymizmu. 
I co? 
Maseczka okazała się całkowitym niewypałem. 
Podrażniła skórę, nie nawilżyła, nie oczyściła, nawet jej nie odświeżyła.

Maseczka jest w formie nasączonej chusteczki, całkiem fajna forma - szybka i niekłopotliwa, zapach od początku mnie nieco drażnił, intensywny i chemiczny, ale stwierdziłam, że 10 minut zniosę :) Leżę i czytam gazetkę, pełen relaks. Zdjęłam chustkę po 10 minutach, wmasowałam resztę płynu, zgodnie z zaleceniami producenta na opakowaniu  i przemyłam twarz zimną wodą. Twarz piekła i była zaczerwieniona, właściwie jeszcze teraz jest podrażniona, mimo, iż minęły z 3 godziny. Pewnie ten 'efekt' utrzyma się do rana, mam nadzieję, że po nałożeniu kremu skóra wróci do normy.

Nie polecam. Ba! Nawet odradzam!
A czy Wy macie doświadczenia z pozostałymi maseczkami tej firmy? Którą polecacie?
Copyright © 2017 różowa szpilka